FANDOM


Dom, słodki dom
Kanji

埴生の宿

Wymowa

Haniunoyado

Angielski

Home, sweet home

Informacje
Seria

Dragon Tale

Tom

2

Saga

Saga Rodu R

Inne rozdziały
Dom, słodki dom  (jap. 埴生の宿, Haniunoyado, eng. Home, sweet home) to piąty rozdział serii Dragon Tale

Trójka Zabójców, magów z Dragon Tale siedziała w swoim przedziale kolejowym gapiąc się w okno. Chwilę później wyjechali z Urbem. Luke z jednej strony był przerażony, a z drugiej nie mógł doczekać się powrotu do domu. Nie wie nawet jak bardzo będzie miał przesrane...

- All we had to do, was follow that damn train, CJ - powiedział Adrian.

- Co? - zdziwiony Luke spojrzał na napis pod siedzeniem wskazanym przez Dragneela. 

- Tak tutaj było napisane. Mniejsza o to...

Przez jakiś czas nikt nie powiedział ani słowa. Siedzieli w milczeniu, chociaż wyraźnie było widać, że Adiemu się nudzi. Zaczął wiercić się we wszystkie strony świata - wstał, usiadł, pokręcił tyłkiem na siedzeniu, stuknął w okno i znów wstał.

- No o co ci chodzi? - zerwał się Luke.

- Idę jeść, przynieść wam coś?

- Nie, dzięki. - powiedziała Kira.

- Ja też dziękuję... - Tytan Zabójca usiadł i pogrążony w jakże trudnym dla niego myśleniu (nie no, żartuję... jest dosyć inteligentny... nie, mówię poważnie, jest inteligentny) zaczął ponownie patrzeć w okno. Zaczął padać deszcz. Reyes spojrzał się na kuzynkę.

- Spokojnie, to nie moja wina. Burzy nie będzie.

Po kwadransie przyszedł Adrian z ogromnym workiem i całą zawartość wysypał na podłogę. - Ho, ho, ho kurwa! - Na podłodze roiło się od gotowego jedzenia - czy to kanapki z kurczakiem, chipsy, batoniki i tym podobne. Kira widząc to skusiła się na kilka batoników. Nie wypadało odmówić. Luke w sumie też nie odmówił za drugim razem - skusił się na kanapkę z kurczakiem, po czym sięgnął po paczkę paprykowych chipsów. Trzeba było przyznać, że cała trójka przez ten czas zgłodniała. 

- W ogóle - zaczął Dragneel. - Wjebałem się do przedziału dla jakichś VIP-ów i podkradłem im jakieś wino. Wódki nie było, ale przynajmniej będzie elegancko. - Uniósł butelkę wina z białą eytkietą, na której widniał napis Cheatau Vealau. - Sza...sza...szatą walą... haha! - Czarnowłosy parsknął śmiechem. - Wątpię, że tą szatą się nawalimy.

Kolejne godziny mijały, aż Adrian skusił się na otworzenie butelki z winem. Ponieważ nikt nie chciał - zaczął walić hehe z gwinta, a po jakiejś minucie Chaeta...Chaweete ...kurwa! Szatą Walą było puste.  

- Jak to jest alkohol, to ja jestem... Zresztą nie ważne, to jest dramat. Luke, żyjesz?

- Mhm.

- Co ci jest?

- Nic... Po prostu wracam do rodzinnych stron. Czy ja coś mówię?

- Rozumiem, potrzebujesz czasu do namysłu. Jakby co to śpię. 


Kilkanaście godzin jazdy pociągiem znudziła całkowicie naszych bohaterów, dlatego też na miejsu, czyli na stacji kolejowej w Spingville, cała trójka błyskawicznie wybiegła z pociągu i nie zamierzała do niego prędko wracać. Ba... W Spingville zostaną napewno na dłużej... 

Luke rozpoznawał stare ulice miasteczka, widział ratusz, kilka znanych mu sklepów, ale wygląd większości budynków całkowicie go zaskoczył. Część została pozbawiona niektórych pomieszczeń, część dobudowano, a część zburzono. Przed oczami Maga Ognia ukazał się obraz, w którym dwójka małych dzieci bawią się przy fontannie. Nie wiedzieli, że w przyszłości zostaną Zabójcami Tytanów. Luke zatrzymał się przed zbiornikiem z wodą i spojrzał w dno płyty. Dno fontanny pokryte było wieloma monetami. Reyes dostrzegł jedną rzecz, a mianowicie czerwony rubin, który uwięziony był pomiędzy płytami. Wyjął go i wytarł. Na widok kamyczka szeroko się uśmiechnął.

- Pamiętasz, Kira? - Dziewczyna podeszła i wzięła kamyczek od Luke'a. - Wrzuciliśmy go do fontanny jak byliśmy mali. Pochodził z naszyjnika mojej mamy... 

- Pamiętam, jakby to było wczoraj... Nie mogłeś znieść, gdy odeszła.

- To była... Jedna z niewielu pamiątek po niej. Bałem się, że zgubię, albo gdzieś zapodzieję. Rubin wrzuciłem tutaj i poczciwość mieszkańców nie zawiodła. Przez dziesięć lat tutaj leżał. Nie zniszczony, tylko troszkę zarysowany... Wezmę go.

- No hejka, co się tam z wami dzieje? - zapytał Adrian, podchodząc do przyjaciół. - Gdzie teraz idziemy?

- Do mojego mieszkania. Ojciec mi je kupił kilka dni przed swoją śmiercią.

Zabójca Tytanów i Feniksów podążali za swoją towarzyszką w stronę pięknego osiedla, na którym znajdowało się jej mieszkanie. Po drodze wszyscy machali w jej stronę. Ona odwzajemniała gest za każdym razem. Większość była zaskoczona, że za dziewczyną idzie chłopak, kóry jeszcze dziesięć lat temu był doskonale wszystkim znany w okolicy. Pewna starsza pani zatrzymała oboje i nie mogła uwierzyć w to, że widzi młodego Reyesa całego i zdrowego. Komentując Jak ty wyrosłeś, ale z ciebie przystojniak i tak dalej, zostawiła Dragonów i wróciła do swoich obowiązków. A jakie obowiązki mogła mieć wówczas starsza kobieta. Cerowała skarpetki swojemu teściowi. xD.

Przekorczyli kilka domów, które Luke'owi również były znane. Tutaj mieszkał pewny agresywny pan, który...

- A niech cię szlag, Reyes!

Kurwa, zaczęło się.

- To ty? Młody Reyes? Chłopie, jak ty żeś wyrósł w cholerę! Niech cię uściskam. Nie poznajesz starego drucha swojego ojca? - zapytał.

- Oczywiście, że kojarzę panie Stagg. Dość mocno zapadł mi pan w pamięć, gdy rzucił we mnie pan doniczką, w której na moje oko rosła mari...

- Chciałeś powiedzieć majeranek, bo wiesz, jestem z zawodu kucharzem, heh. - przerwał Stagg patrząc w stronę straży. - Człowieku, nie mów tak głośno... To tylko dla relaksu.

- Czyli pan nadal sprzedaje? No nie wierzę...

- Tak, ale tylko osobom pełnoletnim. 

- Gdybym miał tutaj jakąś władzę, dopilnowałbym, żeby pan już nigdy nie wyhodował żadnej roślinki.

- Ale póki co - nie masz jej i chyba mieć nie będziesz. Widzę, że język ci się wyostrzył... no i muskułółw też ci przybyło, ale zapamięteaj no, chłopie... Nie szczekaj, bo jesteś jeszcze szczeniakiem. 

Luke zapalił dłoń płomieniem. - A pan uroczy jak zawsze. Ma pan może ognia? Zresztą... Do zobaczenia. - Uśmiechnął się szeroko na widok przerażonego Stagga i odszedł wraz z Dragneelem i Riannon. Dotarli na miejsce, przekroczyli drzwi klatki schodowej i weszli na ostatnie piętro, na którym znajdowało się mieszkanie Kiry. Było duże i przytulne. Salon z kuchnią, łazienka, pokój. Ale faza.

- Czujcie się jak u siebie w domu. Właściwie to... Luke jesteś u siebie.

- No, tak jakby. - odparł i usiadł na kanapie. - Fajne mieszkanko. Sama wybierałaś meble?

- Nie... Mieszkanie było niespodzianką na szesnastkę, wiesz. Tato sam wszystko załatwił. Szkoda, że go tutaj z nami nie ma. 

- Słuchajcie... Przebieżcie się, zjemy coś i musimy ruszać. - rzekła Kira zdejmując jedyną koszulkę jaką na sobie miała, odkrywając swoje jędrne piersi. Na widok dwóch atrybutów dziewczyny, Adrian nie zapanował nad chwytem... tak, chwytem... szklanki, która upadła mu na podłogę i się stłukła. Kira zerwała się, a Luke odwrócił się w kierunku Adiego.

- Luke, co ty robisz? - zdziwił się Dragneel udając głupka i zmiótł nogą widoczne odłamki szkła na podłodze, po czym zaczął gwiżdżeć i uśmiechać się. Luke wzruszył ramionami i mina pokazywała jedynie jedno wielkie What the fuck. - Mogę wziąć prysznic, co nie? 

- Jasne, Adi, bierz śmiało. Tylko od razu mówię, że zamek jest zepsuty i drzwi nie zamkniesz.

- A co mi tutaj grozi... - powiedział spokojnym tonem Zabójca Feniksów i zatrzasnął za sobą drzwi od łazienki.

Czarnowłosy wszedł pod prysznic i odkręcił lodowatą wodę, komentując jedynie Brr.... Po chwili woda zmieniła się na ciepłą i zaczęło się wielkie macanie szorowanie ciała, a że chłopak nadal w głowie miał obraz roznegliżowanej koleżanki, postanowił wykorzystać chwilę do... wiecie czego, nie muszę wam kurwa wszystkiego szczegółowo opisywać.

Po dwudziestu minutach relaksu, Adi wyszedł spod prysznica, na swoje nieszczęście z odsłoniętym sprzętem. W tej chwili do łazienki weszła Kira w samej bieliźnie (nogi miała zgrabne, trza było przyznać i w ogóle), której na widok nagiego Dragneela załamały się nogi. On natychmiastowo zawinął się ręcznikiem i zaczerwieniał. Dziewczyna jedynie parsknęła śmiechem i zaczęła zdejmować biustonosz. Adi błysakwicznie opuścił łazienkę.

- Stary.... - podrapał się po głowie. - Ta twoja kuzynka to tak się chyba nie bardzo mnie wstydzi.

- A czemu pytasz?

- Bo właśnie przed chwilą weszła w bieliźnie do łazienki, a ja strałem obok niej kompletnie nagi.

Reyes wybuchł śmiechem, co wywołało u Adiego lekką złość, a po chwili obaj zaczęli się śmiać, na co Kira odpowiedziała, a raczej krzyknęła Dobrze się tam bawicie?!

Po godzinie trójka wyszła z mieszkania i zatrzymała pewnego starszego pana, który w tym momencie przejeżdżał obok swoim wozem. 

- Dzień dobry, panie Stafano. Może nas pan podwieźć do szlaku?

- Szlaku? Aye, aye, panienko. Wskakuj na mojego rumaka.

- Eeee...

- Miałem na myśli mojego małego... Znaczy miałem na myśli dużego... No żeż kurwa jego mać, wskakujcie na powóz. 

Magowie bez zastanowienia usiedli z tyłu wozu, a pan Stefano niczym błyskawica zaczął pędzieć pomiędzy chodnikami Springville.

- To... Jak tam młodzieży?

- A wszystko dobrze, panie Stefano, jak szanowna małżonka?

- A dobrze, dobrze, dziękować.

- A pana synowie cali i zdrowi?

- A zdrowi, zdrowi dziękować. 

Stefano nie zauważył kamienia na środku drogi, co spowodowało pewną kolizję, a właściwie wstrząs. 

- Ho, ho, ho, uważaj na pierożka młoda damo!

- Na co mam uważać?

- Na ostrygę.

- Co?

- No ten tego... Wie panienka na co...

- Wydaje mi się, czy chodzi mu pizdę? - szepnął Adi do Luke'a.

- Dobrze ci się wydaję, mordo.

- Nie wiem, czy pan pamięta, ale jedzie z nami mój kuzyn, Luke.

- A niech cię licho. Ten słynny Cook?

- Em... Luke, panie Stefano. - poprawił starca Reyes.

- No przecież mówię w mordę jeża, nie? Jak tam u ciebie? Ile to już lat? 

- Nie było mnie dziesięć lat. Trochę mi głupio po tak długim czasie...

- A tak, od razu głupio, młody. Ja w twoim wieku uciekałem z domu na dłużej. Jak wróciłem to przywiozłem ze sobą żonę i trójkę dzieci, a matka kazała, cytuję, wypierdalać, bo nie ma miejsca na takiego darmozjada jak ty, a tym bardziej dla twojej rodziny. No to ja podziękowałem i ten tego... no jakoś się złożyło, że moja kochana mateczka kopnęła w kopyta... w sensie, że kalendarz. No i przejąłem jej spadek, czyli chałupkę. Mówię ci, w tamtych czasach cud architektury - no po prostu picuś, glancuś...

- Pizdeczka... - dokończył Adrian przedłużając literkę a.

- Tak, w ogóle, to co to za czarny jegomość obok ciebie, Luke?

- A to jest mój najlepszy przyjaciel, Adrian Dragneel. Ognisty Zabójca Feniksów, jest z Dragon Tale.

- Bardzo mi miło poznać, młody człowieku. Jestem  Stefano Ricardo Alejandro Montoya. - Stefano puścił kierownicę i podał obie ręce pasażerowi z tyłu. Jego inicjały wcale nie oznaczały SRAM

- Bardzo mi miło poznać.

- Jak tam hemoroidy? 

- Słucham? - zdziwili się Dragoni.

- No czy wszystko wporządku z hemoroidami?

- Dziwny ten staruszek... - szepnął Adi do Kiry.

- Wiem. - odparła. - Ale on już tak zwyczajnie ma. Lubi dzieci heh, ogólnie ludzi. Jest szczery i towarzyski. Nie będę mu zwracać uwagi, że jest z nami aż tak szczery. 

Podróż wozem pana Stefana trwała jeszcze kwadrans, aż szanowny pan starszy podwiózł trójkę bohaterów do szlaku, czyli granicy miasta z drogą numer 69. I nie bez powodu 69, ponieważ to było w planach już od dawna. I autor wcale nie wymyślił jej przed chwilą... Wcale. Pan Stanek, bo tak kazał na siebie mówić, pomógł znieść torby Dragonów i pożegnał się z nimi, mówiąć, iż już tęskni i nie może doczekać się kolejnego spotkania, tudzież fascynującej rozmowy o muszelkach, ostrygach i takich tam... 

Stefano Ricardo Alejandro Montoya uścisnął wszystkim dłonie i pojechał w swoją stronę. Do posiadłości Reyesów zostało kilka kilometrów z buta po ciężkiej do przejścia drodze. Nie załamali się tym jednak i z ochotą zrobili krok w przód. Luke na starcie wywinął potężnego orła bolecem o glebę.

- Ja zawsze tutaj się potykam, ach... 

- Pamiętasz? - zaskoczona Kira uśmiechnęła się i pomogła wstać kuzynowi. - Ostrożnie... Droga tutaj zrobiła się ostatnio nie do przejścia. 


I tak mijała godzina, dwie, trzy, aż Reyes i spółka dotarli na miejsce. Posiadłość nie zmieniła się w ogóle. Stała i wyglądała tak, jak dziesięć lat temu. Luke'owi powróciły wszystkie wspomnienia. Począwszy od śmierci jego matki, na ucieczce kończywszy. Zabójca Tytanów westchnął i przekroczył próg bramy rezydencji Reyesów. Była ogromna, a że ojciec Luke'a był jednym z największych monarchów w tych okolicach, mógł sobie na wszystko pozwolić. Dosłownie na wszystko. 

Rośliny, ogrody, fontanny - wszystko to stało na swoim miejscu, jednak lekko zaniedbane... Powodem tego była prawdopodobnie ciężka praca starego Reyesa i podeszły już wiek ogrodnika rodziny. Chłopak nie mógł patrzeć na czarne róże, które rosły przy schodach do pałacu. Były to ulubione kwiaty jego matki. 

Adrian poklepał przyjaciela po ramieniu. - Wchodzisz?

- Ja nie wejdę? - Luke lekko uśmiechnął się wyłapując podtekst, którego całkowicie Adrian się nie spodziewał i po chwili przyjaciele przekroczyli drzwi wejściowe do domu. Na korytarzu było cicho, jakby dom był opuszczony od wielu, wielu lat. Ale nic się nie zmieniło - kolor ścian był nadal bordowy, na których wisiały obrazy i portrety wszystkich rezydentów. Weszli wgłęb korytarza, który prowadził na górne piętro. Pod schodami znajdowało się szeroke wejście do salonu. Na środku owego salona znajdował się długi stół, oświetlany przez złoty żyrandol przewieszony kamieniami szlachetnymi. Luke pomimo bycia w swoim własnym domu czuł się obco. Przyzwyczajony do rodzinnego klimatu w gildii całkowicie zapomniał o swoim prawdziwym domu. W porę jednak zdążył sobie wszystko przypomnieć.

Zabójca Tytanów podszedł do stołu, a raczej do krzesła przy którym najczęściej siedział. Jego krzesło stało obok krzesła jego matki, ponieważ ojciec zazwyczaj siedział po drugiej stronie na końcu. Zamknął oczy i wyobraził sobie, że znów jest szczęśliwy, kochającym sześciolatkiem. Myślenie o przyszłości zostało przerwanę przez korki, dobiegające z końca korytarza. Ponieważ Adrian posiadał rozwinięte zmysły, podobnie jak Kira... Zresztą, co ja, oboje to słyszeli. Luke powoli zaczął zbliżać się do drzwi, aż nagle zza ściany wychylił się starszy mężczyzna w czarnym garniturze i binoklem na oku. W ręku trzymał srebrny miecz.

- Kim wy jesteście i czego chcecie!? - starzec wymachiwał mieczem w stronę Reyesa, ale ten spokojnie unikał cięć. Po chwili zatrzymał ostrze gołą pięścią.

- Uspokój się, Ichiro! - krzyknął do starca, łamiąc broń na pół i wyrzucając ją za siebię. - Wiem, że minęło dziesięć lat, ale przyjrzyj się mi... To ja...

Starzec cofnął się o dwa kroki i cały zaczął się trząść. 

- Gh... - przełknął ślinę. - N-nie może być... Panicz Reyes? 

Luke uśmiechnął się do mężczyzny i podszeł bliżej, aby go uścisnąć. 

- Witaj, Ichiro...

Ichiro - bowiem tak miał na imię lokaj Reyesów, który był praktycznie przy tej rodzinie od urodzenia, nie mógł uwierzyć, w to co zobaczył na własnę oczy.

- Czy ja właśnie zobaczyłem ducha? Myślałem, że panicz...

- Że nie żyję? Wiem... Wszyscy tak myśleli i okropnie mi z tym głupio... Przepraszam cię, Ichiro.

- Nie ma mnie panicz za co przepraszać. Był panicz... mały i mimo, że pańskie zachowanie było karygodne... Nie jestem ani zły, ani w jakikolwiek zażenowany... Cieszę się, że widzę panicza całego i zdrowego. - Ichiro skłonił głową i uśmiechnął się.

- Z całym szacunkiem, przyjacielu, ale nie mów do mnie per paniczu... Do mnie to bardzo nie pasuję... Chciałbym, żebyś mi mówił po prostu po imieniu.

- Jak panicz sobie życzy, paniczu... Panienko Kiro, nie spodziewałem się panienki tak wcześnie...

- Wiem, ale czas naglił i musiałam wracać. Za to niech spojrzy Ichiro kogo przyprowadziłam!

- Widzę i wciąż nie mogę uwierzyć. Może jest za stary, hahaha! - zaśmiał się lokaj i co raz szerzej się uśmiechnął. - Szkoda tylko, że widzimy się w tak małym gronie... Wielka tragedia, paniczu... Chciałbym złożyć najszczerze kondolencje...

- Dobrze wiesz, że mój kontakt z ojcem urwał się na długo przed moją ucieczką... Ale nie spodziewałem się, że zostanie zamordowany. Chcę dopaść tego kogoś i skrzywdzić...

- Zemsta niczego nie załatwi, paniczu Luke...

- Nie, ale będę czuł satysfakcję. 

- Dobrze, my sobie tutaj rozmawiamy, a nie przedstawiłam naszego gościa. Ichiro, to jest Adrian Dragneel, mag z Dragon Tale i najlepszy przyjaciel Luke'a.

- Dzień dobry, miło mi pana poznać, panie Ichiro. - Adrian ukłonił się nisko i uśmiechnął się.

- Witaj, młodzieńcze. To znaczy, że jednak Luke też jest magiem, prawda?

- Tak. - odparł Luke. - Jestem Ognistym Zabójcą Tytanów!

- Cóż... za skomplikowana nazwa... - rzekł lokaj.

- Ichiro, wiesz może, gdzie podziała się mama? - zapytała Riannon.

- W tej chwili wypoczywa. Ostatnie wydarzenia ją dość... przybiły. Niemniej jednak czekała, aż wrócisz... Nie spodziewa się raczej, że panicz Luke wróci z tobą do domu, panienko. Dobrze, my sobie tutaj gadamy, a jestem przekonany, że podróż was wyczerpała. Paniczu Luke - czeka na ciebie twój pokój... Twój ojciec zakazał komukolwiek do niego wchodzić... Tak, pokój był zamknięty przez dziesięć lat. Panicz Adrian zechce wybrać sobie ulubiony pokój gościnny, a panienka uda się do swojej sypialni. Wieczorem przygotuję uroczystą kolację na waszą cześć. Do tego momentu, pani powinna wstać i czuć się jak nowonarodzona.

- Dziękuję, Ichiro. Dobrze cię znów widzieć. - Tytan Zabójca uśmiechnął się, a lokaj Reyesów odwzajemnił gest tym samym.


Ciąg dalszy nastąpi...

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki